O nas. Rozpoczęliśmy działalność w 2008 roku. Od tego czasu wyszkoliliśmy wielu młodych oraz dorosłych pływaków. Nasza doświadczona kadra instruktorów rzetelnie i co najważniejsze efektywnie wykonuje swoją pracę. Zajęcia z nauki i doskonalenia pływania prowadzimy w małych grupach z podziałem na wiek oraz stopień
Prywatny Gabinet Pediatryczny - Agnieszka Bartnik Nowe Tłoki 10 J, Wolsztyn, Poland Kiedy śmieje się Dziecko, śmieje się cały świat Telefon dla pacjentów: 510277712. Kliknij i odwiedź
Teraz na całym świecie to się dzieje. Nie tylko u nas. Globali replikant3d: Biedak może sobie ,,perorować,,Ale niestety syjoniści trzymają światową finansjerę ,,za py Waldemar: Do Vaunes: Pięknie powiedziane. Zgadzam się 100/100. Tylko maluteńki, ortograficzy błędzik Vaunes: Współczesny holokaust rozgrywa się na
Jak w bajce niechaj zawsze los się do nas śmieje. Z nami niech się cieszy cały świat! Jak w bajce niechaj życie niesie nam nadzieję. Gdy źle jest, niechaj kwitnie dla nas każdy kwiat! [MC:] W pięknych bajkach żyje się bez trosk. A na koniec niesie szczęście dobry los. I odchodzi to, co złe. Każde dziecko świetnie o tym wie!
Przedszkole nr 8 w Malborku jest czynne od godziny 600 do godziny 1700. Jako placówka przedszkolna pracujemy przez cały rok kalendarzowy, z przerwą miesięczną w okresie wakacji (lipiec lub sierpień), w tym czasie potrzebujące dzieci mogą skorzystać z usług świadczonych przez Przedszkole Nr 5 w Malborku znajdujące się na Starym Mieście.
Vay Tiền Nhanh Chỉ Cần Cmnd Nợ Xấu. Materiał pochodzi z cyklu "Portrety" ukazującego się w piątkowym wydaniu "Przeglądu Sportowego" Trener kadry kobiet w rugby siedmioosobowym, Janusz Urbanowicz, donośnym i zdecydowanym głosem oznajmia, że to koniec treningu. Zawodniczki chwilę odpoczywają, po czym Anna Klichowska, jedna z liderek drużyny, włącza muzykę. Rozlega się „Złoto”, wielki przebój Mroza, z charakterystycznym fragmentem: „Daję słowo / Wszystko było po coś / To, co traci kolor / Zamienimy w złoto”. Piosenka towarzyszy drużynie w drodze z boiska do pobliskiego budynku Centralnego Ośrodka Sportu w Cetniewie. Prawie każda z zawodniczek identyfikuje się z jej słowami. Klichowska, bo jako jedna z dwóch rugbystek kadry jest wojskową i gdy łączyła szkolenie w Ustce z treningami w Gdańsku, kładła się regularnie po pierwszej w nocy, a wstawała o rano. Wiele pozostałych dziewczyn też musi pracować: jedna w aptece, druga jako ortopeda w szpitalu na Zaspie, trzecia jako pomoc stomatologiczna, czwarta w szkole. Mimo to osiągają historyczne sukcesy. Posłuchajcie opowieści osób, które tworzą tę niezwykłą grupę. Karolina Jaszczyszyn, rocznik 1988, kapitan: Nie mam czasu dla nikogo Wiecie, ile z 365 dni w roku spędzam w domu rodzinnym? Dwa, może trzy. Dla rugby poświęcam wszystko, co mam – wolny czas, zdrowie. To moja pasja, miłość. W tej chwili nie mam czasu dla nikogo. Dopiero gdy skończę karierę, będzie go więcej. Poświęcamy się totalnie i, jak w piosence, którą regularnie puszcza Ania Klichowska, wszystko jest po coś. Złoto mistrzostw Europy, które niedawno zdobyłyśmy, jest w stanie zatrzeć wszystkie trudne chwile. Opiszę wam, jak wygląda mój dzień. Najpierw idę do pracy. Od czterech lat uczę wuefu w szkole, wcześniej przez pięć lat mieszkałam w Anglii i zajmowałam się cateringiem na uniwersytecie w Cambridge. Po pracy lecę na trening, a gdy z niego wracam, czyli ok. mam jeszcze inne obowiązki. Nasz klub, Biało-Zielone Ladies Gdańsk, prowadzimy same. Ja odpowiadam za wszystkie wpisy i grafiki w mediach społecznościowych, ale nie tylko. Zajmuję się też codzienną organizacją rzeczy dla drużyny – koszulki, odpowiedni rozmiar, kiedy i gdzie po coś pojechać. Pilnuję również wszystkich umów, które podpisuje nasz klub. Można powiedzieć, że trenujemy jak profesjonalistki, ale jeszcze nimi nie jesteśmy. Moja kariera zbliża się już do końca, ale zrobię wszystko, by przyszła generacja polskich rugbystek miała jak najlepsze warunki. Zostałyśmy mistrzyniami Europy, awansowałyśmy do mistrzostw świata, na turniej World Series. Trzy lata temu mówiłam, że w obecnych realiach nie wyobrażam sobie awansu na igrzyska olimpijskie, a dziś to realne. To nasza chwila, musimy iść za ciosem. Jesteśmy w tej chwili jedyną reprezentacją Polski w sporcie drużynowym, będącą mistrzem Europy. Zwróćcie na to uwagę. Do rugby trafiłam przypadkiem. W drugiej klasie podstawówki zaczęłam grać w piłkę ręczną i to trwało do liceum. Występowałam w drużynie Luks Pol Czersk, grałam w mistrzostwach Polski. Dwie moje koleżanki – Patrycja Kulwińska i Karolina Szwed – reprezentowały później w tej dyscyplinie nasz kraj. Mnie jednak brakowało warunków fizycznych, dlatego zrezygnowałam. Pewnego dnia rozwaliły mi się łyżworolki, musiałam zmienić plany. Koleżanki zaproponowały, bym poszła z nimi na trening piłkarski. Na miejscu zobaczyłam pięć dziewczyn z piłką do rugby. Nie wiedziałam, co to jest. Jakiś futbol amerykański? Ona zaczęły mi podawać, ja zaczęłam kopać. W pewnej chwili mówią: „Ale masz talent do tego! Jesteś niesamowita!”. Zaczęłam bardzo późno, miałam 22 lata. Dziś jako jedyna jestem w Ladies praktycznie od samego początku. Wywalczyłam z klubem 12 mistrzostw Polski. Karolina Jaszczyszyn (pierwsza z prawej) pełni rolę kapitana reprezentacji Polski. Sport wypełnia całe jej życie. Jak to się stało? Powiem nieskromnie, że zawsze miałam charakter sportowca. Nie przejmowałam się nigdy głosami, że rugby nie jest dla kobiet. Nie miałam też momentów zwątpienia. Pierwszy paradoksalnie nadszedł niedawno, w zeszłym tygodniu. Po meczu z Francja na turnieju w Lizbonie poczułam silny ból w kolanie. Bałam się, myślałam, że to może być łąkotka. Badania wykazały oderwanie dużej części chrząstki. Zaczęłam dostawać zastrzyki, które miały sprawić, że chrząstka przyklei się do kolana, ściągano mi płyn. Podczas turnieju w Krakowie, na którym przypieczętowałyśmy mistrzostwo Europy, wyszłam na boisko, choć nie wierzyłam, że będzie to możliwe. Trener wiedział, że boli mnie strasznie, ale będę w stanie dać z siebie z 80 procent. Do dziś biorę bardzo silne dawki leków przeciwzapalnych i przeciwbólowych. Biegam z serca. Jest taka sentencja, że w rugby ludzie udają, że nic im nie jest, a w innych sportach wygląda to zupełnie inaczej. Mądre słowa. Żeby uprawiać nasz sport, trzeba mieć bardzo silny charakter. 2. Anna Klichowska, rocznik 1993 Brakuje mi tych dwóch gwiazdek Najbardziej bałam się powiedzieć rodzicom. Pochodzę z Ostrowa Wielkopolskiego, gdzie córka, która dostała się do szkoły policyjnej, to wielka duma. A ja myślałam o tym, żeby z tego zrezygnować. Był 2016 rok, rugby trenowałam z pasji i nie dało się z tego utrzymać. Dopiero rok później weszłyśmy do ósemki mistrzostw Europy, więc otrzymywałyśmy ministerialne stypendium w wysokości 700-800 złotych. Rodzicom zależało na tym, żebym miała stabilną pracę, taką jak ta w policji. Uznałam jednak, że nie pójdę do szkoły w Szczytnie, tylko postawię na sport. Ostatecznie dostałam od rodziców zielone światło, by zająć się rugby. Dalej ciągnęło mnie jednak do służb mundurowych, więc cztery lata temu postanowiłam wstąpić do wojska. Dziś pracuję w Wojskowej Komendzie Transportu w Gdańsku i mogę bez problemu łączyć służbę z wyjazdami na zawody i zgrupowania. Mam magisterkę z logistyki, więc ta praca jest na pewno bliższa mojemu wykształceniu niż położnictwo, które studiowałam na licencjacie. Przez rok we Wrocławiu, a później dwa lata w Gdańsku pracowałam też jako opiekunka do dzieci. To był mój sposób na utrzymanie się, gdy przyjechałam do Trójmiasta w 2015 roku. Foto: Wojciech Figurski/ / Anna Klichowska (z prawej) studiowała położnictwo, a dziś marzy o stopniu oficera równie mocno, co o kolejnych sukcesach z reprezentacją Polski. Jadąc do Gdańska, nie znałam kompletnie nikogo, a kiedy przyszłam na pierwszy trening na plaży, poczułam się, jakbym była w tej grupie od lat. Poczułam, że to moja drużyna. Trener Urbanowicz zapytał, czy chciałabym przejść do klubu z Gdańska. Powiedział, żebym składała papiery na tamtejszy AWF, a on pomoże załatwić miejsce w akademiku, który stał się moim domem na kolejne dwa lata. Zresztą trener wszystko potrafi załatwić. Jeśli któraś z nas potrzebuje dostać się do lekarza, fizjoterapeuty albo szuka mieszkania, nie ma dla niego rzeczy niemożliwych. Trener ma dwie twarze. Jedna to opiekuńczy facet, który jest dla nas jak drugi ojciec. Drugą można poznać w trakcie treningów czy zawodów. Wtedy jest dominatorem, ale musi nim być, by zapanować nad taką grupką jak nasza. Nasz triumf w mistrzostwach Europy oglądali z trybun moi rodzice i siostra. Tata, który kiedyś bardzo chciał, bym była policjantką, aż się popłakał, a rzadko mu się to zdarza. Mam w życiu jeszcze jedno marzenie, które nie jest związane ze sportem. Chciałabym uzyskać stopień oficera w wojsku. Kiedy patrzę na pagony na moim mundurze, brakuje mi tych dwóch gwiazdek. Dziś wiem, że rezygnacja z policji była właściwą decyzją. Wszystko było po coś. Jak u Mroza. 3. Julia Druzgała (rocznik 2004) i Marta Morus (rocznik 2003) – prywatnie kuzynki Chcemy być influencerkami Julia: Nie wiem, czy uprawiałabym rugby, gdyby nie Marta. W pewnym momencie ten sport pojawił się w naszym rodzinnym mieście, Lubieniu i grupa dzieci zaczęła go uprawiać. To w sumie ciekawe, bo w naszej rodzinie nie było tradycji sportowych. Marta: Dziadek sporo jeździł na kolarzówce, ale nigdy nie startował w zawodach. Z rugby w Lubieniu było tak, że pojawił się trener Łukasz Kościelniak, mieszkający niedaleko i zaczął pokazywać nam ten sport. My z Julką wcześniej uprawiałyśmy wszelkie możliwe inne dyscypliny: siatkówkę, koszykówkę, nawet tenis stołowy. Grałyśmy nawet w piłkę nożną, byłyśmy jedynymi dziewczynami w zespole. Julia: Rugby spodobało mi się od samego początku. Już po pierwszym treningu pojechałam na turniej. Grałyśmy z Budowlanymi Łódź i do dziś pamiętam swój stres, kiedy, jadąc na mecz, czytałem w internecie przepisy gry. Nie znałam jeszcze wszystkich. Marta: Potrzeba trochę czasu, żeby niektóre opanować, np. ten jeden z ważniejszych, że piłkę można podawać tylko do tyłu. Pokochałyśmy jednak rugby, a kiedy z Juvenią Kraków trzy razy z rzędu zdobywałyśmy mistrzostwo Polski w naszej kategorii wiekowej, zrozumiałyśmy, że możemy coś w tej dyscyplinie osiągnąć. Czasami trzeba się jeszcze mierzyć ze stereotypami. Julia: Jest taki jeden, że rugby to sport dla olbrzymich i bardzo silnych osób. Musimy wtedy tłumaczyć ludziom, że w siedmioosobowej, olimpijskiej odmianie, którą uprawiamy, dużo większe znaczenie ma dynamika. Foto: Wojciech Figurski/ / Marta i Julia to prywatnie kuzynki, które razem występują w reprezentacji. Na zdjęciu podczas rozmowy z Jakubem Radomskim. Marta: Lubimy z Julią podpatrywać najlepsze zawodniczki świata, przede wszystkim Nowozelandki. Można się od nich bardzo wiele nauczyć. Julia: Ja jedną z idolek mam obok siebie, na kadrze. Kiedy byłam młodsza i obserwowałam seniorki, zawsze najbardziej imponowała mi Karolina Jaszczyszyn. Inspirowała mnie, a teraz jesteśmy koleżankami z reprezentacji. Marta: Staramy się wychodzić poza sam sport. Interesujemy się dietetyką i kuchnią. Julia: Oprócz tego z koleżankami z kadry, Sylwią Witkowską i Natalią Pamiętą, bawimy się w influencerki. Na specjalnym profilu pokazujemy rugby od innej strony. Chcemy zaprezentować ludziom od wewnątrz, jak na zgrupowaniach wygląda nasz dzień. Marta: Ale najważniejszy jest sport. Marzę, by wystąpić w igrzyskach olimpijskich w Paryżu. Julia: Jeszcze niedawno nawet nie przeszło mi przez myśl, że mogę być mistrzynią Europy. Dlaczego więc nie snuć teraz ambitniejszych marzeń? 4. Małgorzata Kołdej, rocznik 1990 Znaleziona w książce telefonicznej Mój pierwszy trener wypatrzył mnie na zawodach szkolnych pod koniec pierwszej klasy liceum. Chciał mnie zaprosić na treningi do klubu, ale nie wiedział, jak znaleźć kontakt, więc przewertował książkę telefoniczną i obdzwonił wszystkie osoby o nazwisku „Kołdej”. - Mam nadzieję, że dobrze trafiłem, bo to już ostatni numer na liście – powiedział, gdy dodzwonił się do naszego domu. Zaczynałam od biegania, byłam specjalistką od 100 i 200 m. Sukcesy przyszły bardzo szybko, bo medal przywiozłam już z pierwszych mistrzostw Polski. W 2009 roku zdobyłam wicemistrzostwo Europy juniorów w sztafecie 4x100 m, razem z Anią Kiełbasińską. Wtedy w Novym Sadzie miałam pobiec tylko w tej jednej konkurencji, ale dzień przed „setką” powiedziano mi, że indywidualnie też mam startować. Zajęłam piąte miejsce i pobiłam życiówkę, osiągając czas s. Czasami jest mi głupio, gdy przed zawodami w rugby dostajemy do wypełnienia kwestionariusze od organizatorów, a ja w rubryce „sportowy idol”, nie wpisuję kogoś z dyscypliny, którą uprawiam, tylko biegaczkę Allyson Felix. Przez lata uwielbiałam patrzeć, jak ona wprost płynie po tartanie. Wahałam się, czy porzucić lekkoatletykę, ale musiałam podjąć tę decyzję przez powracające kontuzje. Gdy miałam zerwane ścięgno Achillesa, zaczęłam obciążać drugą nogę i w niej też ono się odezwało. Pewnego razu na oczach mamy naderwałam mięsień dwugłowy uda podczas halowych mistrzostw Polski. Ona ubzdurała sobie wtedy, że przyniosła mi pecha i dopiero w Krakowie, gdy sięgałyśmy po mistrzostwo Europy w rugby, zobaczyła na żywo mój występ po raz pierwszy od lat. Foto: Wojciech Figurski/ / Małgorzata Kołdej wykorzystuje swoje sprinterskie umiejętności przy grze w rugby. Na zdjęciu w rozmowie z Edytą Kowalczyk. Zabrzmi to dziwnie, ale przeszłam do rugby, żeby unikać kontuzji. Początki były trudne, ale byłam mocno zdeterminowana. Trener śmieje się czasami, że powinnam biegać jeszcze szybciej. Po bieganiu po jednym torze w sprincie nie było mi łatwo przestawić się na zmianę kierunków na boisku. Mam filmiki, na których uczę się nowych rzeczy i wygląda to komicznie. Kontakt, szarże do dzisiaj sprawiają mi problem, ale staram się przełamywać. Może nie są to książkowe zagrania, ale i tak jest dużo lepiej niż wcześniej. Pomiędzy treningami nie mam za wiele czasu. Na AWF-ie w Białej Podlaskiej robię doktorat z dietetyki. Sporo badań przeprowadziłam na dziewczynach i wierzę, że to, nad czym pracuję, może poprawić motorykę u zawodników. Zaraz po oficjalnym bankiecie po mistrzostwach Europy w Krakowie wsiadłam w samochód, żeby dotrzeć do Białej Podlaskiej, bo w poniedziałek o ósmej rano musiałam stawić się na egzaminie licencjackim. Czasu na świętowanie nie było, ale pamiętam, że jeden ze studentów pogratulował mi złota. 5. Janusz Urbanowicz, rocznik 1966, trener Zaczęli się nas bać Nastawiacz obrabiarek i instruktor warsztatów szkolnych. Taki etat dostałem w stoczni, gdy miałem 18 lat i podpisałem seniorski kontrakt. Zaczynałem od piłki nożnej i pamiętam, jak kiedyś, gdy Lechia grała z Ruchem Chorzów, wszedłem na boisko w drugiej połowie i kryłem Krzysztofa Warzychę. Później, gdy moja drużyna spadła do III ligi, pracowałem w barze i kopałem w okręgówce. Kiedyś mierzyliśmy się z Zatoką Puck, która walczyła o utrzymanie w lidze. Przyjechałem na to spotkanie ze starszym kolegą z drużyny, który występował w obronie. W pewnym momencie mówi do mnie: „Młody, Zatoka musi się utrzymać. Dają nam po 20 kg wędzonego węgorza na głowę, żebyśmy przegrali. Ale wiesz, co zrobimy? Poczekamy, postawimy się w pierwszej połowie i stawka wzrośnie. W przerwie, przy remisie albo naszym prowadzeniu, okaże się, że dają nam już po 40 kg. Będzie więcej rybki. Wtedy odpuścimy”. Jego misterny plan jednak diabli wzięli, bo, mimo że się staraliśmy, po 45 minutach dostawaliśmy 0:3. Na rugby namówił mnie kolega, który pracował jako ochroniarz w barze. Po pierwszych zajęciach w Lechii trener powiedział mi krótko: „Masz talent do tego sportu”. Dwa miesiące później byłem już w kadrze. Jako że grałem wcześniej w piłkę, świetnie kopałem. Gdzie nie ustawiałem piłki, leciała między słupy. Pamiętam swój debiut w reprezentacji – mecz przeciwko Belgii w Siedlcach. Cała drużyna zdobyła 33 punkty, a ja 21 z samych kopów. Później pierwsze wyjazdy, pierwsze wywiady. Pokochałem to. Gdy przegrywaliśmy 15:18 z Rosją, zdobyłem wszystkie punkty dla Polski. Z trenowaniem kobiet było tak: prowadziłem męską drużynę Lechii, ale zwolnili mnie po nieudanym sezonie. Na nasz trening przyszło kilka dziewczyn i mówią mi, że chciałyby stworzyć tu klub kobiecy. Stwierdziłem, że im pomogę. Od początku ujęły mnie swoją pasją i zaangażowaniem. Na początku to było takie social rugby – ognisko, imprezy, piwko, ale dziewczyny bawiły się z umiarem, bo liczył się też sport. Kiedy w Lechii doszło do pewnych perturbacji, były uparte i założyły swój klub. Tak powstały Biało-Zielone Ladies. Mimo że przez pewien czas trenowały po parkach, co roku sięgały po mistrzostwo Polski. Dziś prawie cała reprezentacja Polski, którą prowadzę od kilku lat, to zawodniczki tej drużyny. One w klubie nie dostają nic za samą grę, podobnie jak pracownicy nie zarabiają żadnych pieniędzy. Dlatego dziewczyny albo normalnie pracują, albo jeszcze się uczą. Teraz udało nam się zakwalifikować do Pucharu Świata, będziemy regularnie występować w cyklu World Series, więc musimy stać się grupą zawodowców. Foto: Wojciech Figurski/ / Trener Janusz Urbanowicz w przeszłości był piłkarzem. Dzięki koledze trafił do rugby, a pod jego wodzą żeńska kadra sięga po kolejne sukcesy. Mamy szansę, by zakwalifikować się do igrzysk, ale nie chcę jechać do Paryża tylko po to, by tam być. Chcę coś tam ugrać. Może nie wygrać, ale być kimś znaczącym, z kim reszta drużyn ma problemy. Te problemy już są. Trenerzy najlepszych drużyn świata, z którymi się znam, mówią mi: „Gracie fajnie, kombinacyjnie. Macie swój styl”. Anglicy i Irlandczycy zaczęli nas się bać. Jeszcze trzy lata temu ich analitycy przed meczem z nami popijali sobie kawkę, a teraz siedzi sześciu chłopa i przez trzy godziny analizują, jak gra reprezentacja Polski. Uśmiecham się tylko pod nosem, gdy widzę, jak na ich monitorach lecą nasze mecze. Fajny widok.
Rok 2012 jest Rokiem Janusza Korczaka. Z jego biografką Joanną Olczak-Ronikier* rozmawia Monika Skarżyńska. Pani książka Korczak. Próba biografii ukazała się jeszcze przed ogłoszeniem roku 2012 Rokiem Janusza Korczaka. Co Panią zainspirowało, kto zachęcił do twórczego działania? Pomysł zrodził się z inicjatywy pani Beaty Stasińskiej z wydawnictwa WAB, która zamówiła u mnie tę książkę. Dość lekkomyślnie i pochopnie przyjęłam tę propozycję, a potem się przeraziłam. Uświadomiłam sobie, jak wielki był to ogrom pracy, która trwała blisko dziesięć lat. Nie oznacza to jednak, że dziesięć lat siedziałam przy biurku. W międzyczasie wycofywałam się i próbowałam od nowa. Nie było to łatwe zadanie. Kiedy już zagłębiłam się w szczegóły, to zobaczyłam, że wiele faktów z życia Korczaka jest nieznanych. Podjęłam wyzwanie, aby przekazać je czytelnikom. Korczak jako naukowiec, publicysta i pisarz miał wiele talentów. Jak można było połączyć tak wiele pasji w tak trudnym okresie, na granicy między realizmem a idealizmem? Korczak był bardzo pracowity, a przy tym niezwykle zdolny. Przecież skończył medycynę, praktykował jako lekarz, a potem zajął się pedagogiką. Prowadził Dom Sierot dla dzieci żydowskich, współpracował z polskim domem dziecka, a przy tym nieustannie pisał książki dla dzieci, poradniki pedagogiczne dla dorosłych, traktaty i artykuły publicystyczne. Wydawał gazety dla dzieci. Poza tym dokumentował działalność Domu Sierot. Patrząc na niego z dzisiejszej perspektywy, trudno zrozumieć, jak znajdował czas na to wszystko. Rzeczywiście objawiał wiele talentów i wyróżniał się pracowitością. Pisał do końca swoich dni. Czy była to potrzeba czy przymus pisania? Żył w poczuciu swej misji. Miał wypracowany system pedagogiczny i uważał, że należy uczyć rodziców i wychowawców podstawowych zasad pedagogicznych, takich jak prawo dziecka do szacunku, miłości, traktowania go w należyty sposób i wychowania na pełnowartościowego człowieka. Była to jego życiowa misja. Tym samym tematem zajmował się bowiem jeszcze w getcie, w czasach największego poniżenia. Joanna Olczak-Ronikier (z lewej) w czasie spotkania w Instytucie Polskim w Düsseldorfie ( A przecież nie miał wsparcia ze strony rodziny. Musiał być niezwykle wytrwały w dążeniu do celu i silny psychicznie. Jego stosunki rodzinne były dosyć skomplikowane. Z matką był zawsze w bardzo bliskiej relacji. Natomiast ojciec rozchorował się psychicznie, gdy mały Henryk Goldszmit miał siedem lat. Umarł zaś w szpitalu dla umysłowo chorych, kiedy Henryk skończył szesnaście lat. Myślę, że to zaciążyło na całym życiu Korczaka i jego samoświadomości. Z własnego doświadczenia wiedział, na czym polega strach i cierpienie dziecka. Potem chciał tę wiedzę przekazać dorosłym. Z jednej strony kochał dzieci, ale z drugiej nie założył własnej rodziny. Nie miał własnych dzieci, choć nadarzały się okazje… Sam pisze o podjęciu tej decyzji w dorosłym wieku. Jako prowadzącemu dom dziecka dość trudno byłoby mu pogodzić ze sobą te dwie funkcje. Rodzina wymaga dużo czasu i zaangażowania. Czy za tą decyzją kryły się może jakieś życiowe dramaty czy porażki? Zwierza się w Pamiętniku z tego, że kontakty z kobietami sprawiały mu trudność. Czy przyczyną była zawiedziona, nieszczęśliwa miłość, czy też nieumiejętność nawiązania osobistych relacji z kobietami? Nie wiadomo. W każdym razie pozostał wierny swojej decyzji aż do śmierci. Pozostawia Pani wiele pytań bez odpowiedzi na temat intymnych sfer życia Korczaka. Wynika to z tabu czy raczej z braku informacji? On był człowiekiem niezwykle dyskretnym. Żył zresztą w innych czasach. Nie publikowano wówczas jakichś szczegółów z życia osobistego. Ponadto Korczak był człowiekiem bardzo skrytym, mówił niewiele. Nigdy nie wypytałam mojej matki, czy wiedziała o nim coś więcej. Wydaje mi się, że nie ukrywał jakichś wielkich tajemnic. Nikomu jednak nie opowiadał o swoich prywatnych sprawach. Zwyczajnie zdecydował się na taki „samotniczy” tryb życia. Samotniczy, choć ciągle w otoczeniu ponad setki dzieci. Okładka niemieckiego wydania "Króla Maciusia na wyspie bezludnej" Miała Pani osiem lat, kiedy zginął w Treblince. Czy dobrze pamięta Pani wydarzenia wojenne, czy dzięki opowieściom mamy? Od wczesnych studenckich lat Korczak przyjaźnił się z moimi dziadkami. Mój dziadek Jakub Mortkowicz, polski wydawca, publikował wszystkie jego książki. Korczak był też domowym lekarzem mojej rodziny. Pamiętam go jak przez mgłę. Przekomarzał się ze mną, czego bardzo nie lubiłam. Byłam osobą bardzo serio, a on robił sobie żarty. „Czy ty wiesz, że twoja babcia umie fruwać, a twoja mama jest tak naprawdę kotem?”. Mówiłam do niego: „Nie mów głupstw, doktorku!”. Tuż po jego przeprowadzce do getta odwiedziłam z matką Dom Sierot, kiedy było jeszcze możliwe przedostawanie się z jednej strony na drugą. Potem już go nigdy więcej nie widziałam. Właściwie nie wiem, kiedy wiadomość o jego śmierci dotarła do mojej rodziny. „Jutro kończę 63 albo 64 lata” – napisał Korczak w swoim Pamiętniku 21 lipca 1942 roku, na dwa tygodnie przed śmiercią. Czyżby nie wiedział, kiedy się urodził? To było niedopatrzenie administracyjne. Jego ojciec za późno wyrobił mu metrykę i prawdopodobnie sam nie był pewien, w którym roku urodził się syn. Korczak żartował z tego przez całe życie. Natomiast dramat polega na tym, że wielka akcja likwidacyjna w getcie rozpoczęła się 22 lipca, czyli dokładnie w dniu jego urodzin, o czym wspomina on w Pamiętniku. Czy dobrowolnie towarzyszył dzieciom w drodze na śmierć? Podobno mógł się ukryć po stronie aryjskiej. A może nie przypuszczał, co się może wydarzyć? Myślę, że musiał sobie zdawać sprawę z tego, że będzie to podróż bez powrotu. Natomiast faktem jest, że wiele razy zachęcano go do przedostania się na tzw. aryjską stronę. Kiedy zdecydowano o przeprowadzce sierocińca do getta, proponowano mu pozostanie po polskiej stronie. Jeszcze przed wyruszeniem na Umschlagplatz pospieszono mu na ratunek. Nie była to jednak odosobniona postawa. We wszystkich gettach w okupowanej Polsce prawie wszyscy wychowawcy, nauczyciele i lekarze szli na śmierć razem ze swoimi wychowankami. Właściwie nieznane są przypadki dezerterów. To był etos epoki. Tak, jak rodzice nie opuszczają swoich dzieci, tak i wychowawcy pozostają przy nich do ostatnich chwil. Janusz Korczak (1878-1942) Pisze Pani, że Korczak „nie był zainfekowany bakcylem polskości”. Przecież bardzo kochał Polskę, co sam podkreśla w Pamiętniku. Do dziś przetrwało jego polskie, a nie rodowe nazwisko. Przyjął taki pseudonim jako młody człowiek. Reprezentował w zasadzie podwójną tożsamość, zresztą bardzo rzadką w tamtych czasach. Czuł się zarówno Polakiem, jak i Żydem. Wszystkie swoje prace publicystyczne czy medyczne podpisywał nazwiskiem Henryk Goldszmit. Trudno powiedzieć, dlaczego został wierny nazwisku Korczak. Sprawdziło się, jak wiele innych pseudonimów literackich. Wiele szkół nosi imię Korczaka, w tym roku obchodzony jest Rok Janusza Korczaka. To wielka lekcja skierowana zarówno do dzieci, jak i dorosłych. Co – Pani zdaniem – powinniśmy z niej wynieść? Należałoby stosować się do głównych zasad jego systemu wychowawczego, to znaczy okazywać dzieciom szacunek, miłość, szanować ich poczucie godności, nie zawstydzać, nie straszyć i nie upokarzać. Dobrze byłoby upowszechnić kilka jego maksym tak, jak znane są wiersze poetów czy cytaty wielkich myślicieli. Jedną z piękniejszych jest sentencja „Śmieje się dziecko, śmieje się cały świat”. rozmawiała Monika Skarżyńska *Joanna Olczak-Ronikier, pisarka i scenarzystka, współzałożycielka kabaretu Piwnica pod Baranami. W roku 2011, nakładem wydawnictwa ukazała się książka "Korczak. Próba Biografii", za którą autorka otrzymała prestiżową Nagrodę Klio. red. odp. Bartosz Dudek
Cały świat się do nas złotym słońcu – złoty świat!Jutro szkoła nas powitano i nasze siedem lat. Pożegnamy przedszkole, pokłonimy się szkole,nową drogą pójdziemy się drzewa, ptak radośnie zaśpiewai będziemy wyglądać poważniej. Elementarz nam poradziJak się pisze: Ala, jeszcze nie wieco ulepi każde z nas. Pożegnamy przedszkole, pokłonimy się szkole,nową drogą pójdziemy się drzewa, ptak radośnie zaśpiewai będziemy wyglądać poważniej.
Wychowankowie Wiosek Dziecięcych z Polski i z Ukrainy bawiły się dziś ( wspólnie. Okazją był zorganizowany w Biłgoraju piknik Dnia Dziecka i Rodziny.– Niezależnie od bagażu doświadczeń, każde dziecko zasługuje na szczęśliwe dzieciństwo – mówi Marian Łosiewicz, dyrektor Programu SOS Wioski Dziecię w Biłgoraju. – Dzisiaj to bardzo ważne, żeby to dzieci się uśmiechały. Są to dzieci, które nie zawsze mają powody do uśmiechu, do radości, ale dzisiaj mogą uczestniczyć tutaj w różnych zabawach. Dla nas dorosłych, gdy dziecko się uśmiecha, to jest sens naszego życia. Jak śmieje się dziecko, śmieje się cały organizacje wydarzenia włączył się Bank Pekao SA. Dla uczestniku przygotowano mnóstwo atrakcji. Swego zachwytu nie kryły dzieci. – Wata cukrowa i dmuchany zamek to są najlepsze rzeczy. Była parada bajkowych postaci, a ja się przebrałam za Elsę. Wioska Dziecięca SOS w Biłgoraju jest pierwszą tego typu placówką otwartą w Polsce. Przebywa pod jej opieką blisko 400 dzieci, także dzieci z SOS Wioski Dziecięce / opr. AKosFot. TsF
Kiedy śmieje się dziecko, śmieje się cały świat!– Janusz KorczakPatrząc na roześmiane zdjęcia maluszków z Domu Aniołów Stróżów trudno się z tym nie dzieci – młodsze, starsze i te całkiem duże 😉 – życzymy Wam dużo odwagi, siły i beztroskiej radości. Wiemy, że macie w sobie wielką moc i zrobimy wszystko, żeby pomóc Wam ją odkryć!A Dzień Dziecka w Domu Aniołów Stróżów wyglądał Przypominamy, że Dzień Dziecka świętujemy także w niedzielę na wieeelkim pikniku w Parku Kościuszki w Katowicach. Zapisy na biegi w ramach tego wydarzenia tylko do jutra!
cały świat się do nas śmieje